Ruszylismy w niedziele po poludniu w silnej 9 osobowej grupie. Dowiezli nas jeepami do miasteczka Maczete Pelao, ostatniej miejscowosci na szlaku. Zaraz za miasteczkiem dwa razy przekracza sie ta sama rzeke. Juz przy drugim razie zaliczylem ladowanie tylkiem na kamieniach. Na szczescie plecak nie przemokl. Trasa pierwszego dnia nie byla zbyt meczaca, jedno ostre 40 minutowe podejscie i dalej grzbuetem. Drugi dzien byl najlzejszy ze wszystkich, niecale 4 godziny marszu, wliczajac w to kompiel w rzece i krotkie zwiedzanie indianskiej wioski. Pogoda caly czas dopisywala, rano slonce, po poludniu bardziej pochmurno, na szczescie nie padalo, co zdarza sie dosc czesto w tamtych rejonach. Trzeciego dnia wczesnym popoludniem dotarlismy do Zaginionego Miasta. Najpierw 2 godziny mniej wiecej po rowmy terenie, potem marsz w gore rzeki, lacznie trzeba ja przekraczac 8 razy i na koniec 1200 sliskich kamiennych schodow.
Miasto, bedace najprawdopodobniej stolica indian Tayrona zostalo odkryte w 1975 roku. Przez nastepne kilka lat bylo miejscem intensywnyxh rabunkowych wykopalisk. Biali osadnicy mieszkajacy na obrzezach dzungli szukali pozostalosci po indianach i uplunniali je na czrnym rynku. Wiekszkosc tego co ocalalo zostalo prawie calkowicie zniszczone. Dodatkowo co chciwsi zaczelli walczyc miedzy soba o najlepsze "stanowiska archeologiczne". W jednej z "potyczek" zginal syn odkrywcy miasta. To ponoc sklonilo go do powiadomienia rzedu o odkryciu miasta. W konsekwencji wyslano ekspedycje zlozona z zolnierzy, archeologow i entologow, ktora w ciagu kilku lat zrekonstruowala kamienne tarasy. W rekonstrukcji pomagal odkrywca, majacy najwieksze pojecie o pierwotnym wygladzie miasta. W szytowym okresie miasto mialo zamieszkiwac okolo 800 osob. Indianie Tayrona byli pierwsza cywilizacja, z ktora zetkneli sie hiszpanie na kontynecie poludniowoamerykanskim (1499). Zetkniecie nie nalezalo do przyjemnych, po 75 latach walk zostali prawiecalkowicie wytepieni przez zadnych zlota przybyszow. Ocaleli porzucili swoje tarasowe miasta i przeniesli sie w wyzsze rejony gor. W ciagu kilku lat dzungla pokryla wszystko. Najprawdopodobniej skrywa jeszcze wiele podobnych nieodkrytych miejsc. Planowano ekspedycje poszukiwawcze ale sprzeciwili sie temu lokalni indianie, ciagle zamieszkujacy te rejony i bojacy sie wylesienia powodujacego blotne powodzie. Na obrzezach dzisiejszego parku narodowego w latach o najwiekszym nasileniu walk wewnetrznych w Kolumbii zaczelo sie osiedlac soraz wiecej ludzi, szukajacych bezpiecznych rejonow w wyzszych partiach gor. Obecnie rzad stara sie wykupywac nalezace do nich tereny i ponownie zalesiac.
Sam w sobie trek nie jest zbyt meczacy. Ani razu nie szlismy dluzej niz 5 godzin. Nie mowy o przedzieraniu sie przez dzungle, idzie sie dobrze utrzymanym szlakiem. Prawie codziennie rusza jakas grupa. Lacznie widzielismy 5 wezy, w tym jednego martwego (jeden smignal do nory metr odemnie), 2 tukany i sporo swin. Jedynym problemem moga byc spore ilosci blota i takie same lub wieksze ilosci komarow. Srodki chemiczne sa malo skuteczne. Mialem dwa rozne, a i tak, po powrocie tylko na lewej nodze naliczylem 84 ugryzienia. Czwartego dnia mialem spory problem, od ugryzien komarow i drapania tak spochly mi kostki, ze ledwo moglem chodzic. Niepotrzebnie przez dwa pierwsze dni szedlem w sandalach. Przez pierwsze dwie godziny czulem sie jakby mi ktos wsadzil 2 kamienie do butow, ktore przy kazdym kroku pocieraly mi kostki, powodujac sado-masochistyczne swedzenie. Musialem sie mocno koncentrowac by nie zdjac butow i drapac sie jak oszalaly:D. A ostatniego dnia, juz po powrocie do Maczete Pelao, kleszcz wielkosci malego paznokcia probowal dostac sie do mojej nogi. Za ta zuchwalosc zostal spalony zywcem:D.
Ostatnie 10 km do asfaltowej drogi odbylismy na motorach, jeep nie dal rady przedjechac przez bloto. Na koniec rewizja plecakow przez zlonierzy i powrot do Santa Marta. Dzien wczesniej koledzy z grupy wsadzili spora paczke haszu do moich papierosow, myslac ze nalezy do mnie. Nalezala do Niemcow spotkanych na ostatnim noclegu. Cale szczescie, ze przy kolacji dopytali sie czy to moje i zworcilismy prawowitym wlascicielom. Inaczej moglyby byc problemy przy dokladniejszej rewizji.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
spoko!!zdjęcia super, czyta się fajnie:)zazdroszczę braciszku, choć my już za dwa tygodnie uderzamy na argentynę:)
Prześlij komentarz