sobota, 27 grudnia 2008
Galapagos plus Swieta
Tym razem zadne biura nie nawalilo i Galapagos wypadlo wprost rewelacyjnie. 5 dni na 10 osobowym statku. Zebrala sie niewielka grupa, zaledwie 4 osoby i mialem wlasna kabine. Wulkaniczne Wyspy Galapagos slynne sa z endemicznych gatunkow zamieszkujacych je zwierzat, ktore zdaja sie calkowicie ignorowac obecnosc czlowieka. Mozna chodzic wsrod lwow morskich, gigantycznych iguan, zolwi ladowych i wielu gatunkow ptakow. Czasem tzreba uwazac zeby przypadkiem nie nadepnac na jakas niczego niespodziewajaca sie iguane. W czasie kilku snorkelingow bawilem sie jak dziecko plywajac z majestatycznymi zolwiami morskimi, plaszczkami, lwami morskimi, setkami ryb i kilkoma rekinami. Wielkie nie byly, do 2, moze 2 i pol metrow dlugosci. Chyba nie ma drugiego takiego miejsca na swiecie, gdzie mozna tak intesywnie obcowac z calkowicie dziewicza przyroda.
Swieta przypadly na lazenie po gorach. Ponownie spotkalismy sie z Toamszem, ktory bawil nad oceanem podczas gdy ja polowalem na iguany. W wigilie pojechalismy nad jezioro w kraterze wygaslego wulkanu. Potem czekal na 5 godzinny marsz do malej wioski w gorach. Nakierowani przez miejscowych na niewalsciwa sciezke (kazdy chcial zosyac naszym przewodnikiem i dotac jakies regalo..) po 2 godzinach zgobilismy sie w totalnej mgle na wysokosci jakis 3500 metrow. Doszlismy w jakies inne miejsce skad wzielismy pick-upa do wlasciwej wiochy. Nastepnie pobudka i 2.30 w nocy i jazda na tradycyjny andyjski market, gdzie polowalismy z aparatami na tradycyjnie ubrane babcie i kolo poludnia dostarlismy po raz drugo do Banos (bylismy tu zanim pojechalem na Galapagos). W drugi dzien swiat weszlismy na aktywny wulkan nad Banios. Dotarlismy do zniszczonego schroniska na wysokosci 3800, sam wulkan ma troche ponad 5000. Im wyzej tym mocniej dalo sie slyszec pomrukiwanie na wpol uspionego giganta. Grzomty podobne do poteznej burzy. Pisze na wpol uspionego bo poki co nie wydostaje sie z niego lawa, ale caly czas jest widoczny gesty wydobywajacy sie z krateru dym.
Swieta przypadly na lazenie po gorach. Ponownie spotkalismy sie z Toamszem, ktory bawil nad oceanem podczas gdy ja polowalem na iguany. W wigilie pojechalismy nad jezioro w kraterze wygaslego wulkanu. Potem czekal na 5 godzinny marsz do malej wioski w gorach. Nakierowani przez miejscowych na niewalsciwa sciezke (kazdy chcial zosyac naszym przewodnikiem i dotac jakies regalo..) po 2 godzinach zgobilismy sie w totalnej mgle na wysokosci jakis 3500 metrow. Doszlismy w jakies inne miejsce skad wzielismy pick-upa do wlasciwej wiochy. Nastepnie pobudka i 2.30 w nocy i jazda na tradycyjny andyjski market, gdzie polowalismy z aparatami na tradycyjnie ubrane babcie i kolo poludnia dostarlismy po raz drugo do Banos (bylismy tu zanim pojechalem na Galapagos). W drugi dzien swiat weszlismy na aktywny wulkan nad Banios. Dotarlismy do zniszczonego schroniska na wysokosci 3800, sam wulkan ma troche ponad 5000. Im wyzej tym mocniej dalo sie slyszec pomrukiwanie na wpol uspionego giganta. Grzomty podobne do poteznej burzy. Pisze na wpol uspionego bo poki co nie wydostaje sie z niego lawa, ale caly czas jest widoczny gesty wydobywajacy sie z krateru dym.
czwartek, 18 grudnia 2008
Dawno nic nie napisalem, a troche sie dzialo ostatnimi czasy. Ale po kolei. W Quito siedzielismy prawie tydzien. Miasto bardzo sympatyczne, jakos od poczatku poczulem sympatie do Ekwadoru. Czas uplywal na lazeneniu po miescie i przesiadywaniu wieczorami w knajpie arabskiej. Moze dlatego od razu spodobalo mi sie to miasto. Stolica Ekwadoru, polozona prawie na 3000 m, pelna jest swietnych punktow widokowych. Na pierwszy ogien poszla neogotyka katedra, gorojaca nad miastem. Chodzi sie nad betonowym sklepieniem i mozna wdrapac sie na sam szcyt wiezy zegarowej. Kolejnego dnia udalismy sie na wzgorze Matki Boskiej Zlodziejskiej na wzgorzu za starym mistem. Mozna tam wejsc po schodoach albo dostac sie taksowka, zalecane bo ponoc sa czeste napady na schodach. Zaryzykowalismy i nic sie nie stalo. Niektorzy troszke dziwnie na nas patrzyli a jeden facet poradzil wziac taksowke wracajac. Po kilku dniach aklimatyzacji zatakowalismy wulkan na 4700 m. Wchodzi sie latwo ( 2,5 godziny), poniewaz na 4100 mozna wjechac kolejka linowa. Jedynm problem moze byc wysokosc ale obylo sie bez problemow. Wchodzilismy z dwojka poznanych dzien wczesniej Polakow. Za szczycie dokonalismy manifestu palacza. W protescie przeciw narastajacym przesladowaniom palaczy na calym globie wypalilem pol papierosa a Tomasz odrobine trawy:D.
Kolejne 5 dni spedzilismy w Amazonii, polujac na Kajmany i lowiac Piranie. Doswiadczenia z lokalnymi biurami podrozy nadal sa negatywne. Mielismy jechac w naprawde dzikie rejony rozbijajac oboz kilku miejscach, a wyslali nas w rejony bliskie cywilizacji.. Nie bylo zle ale nie na to sie nastawialem..
Od wczoraj jestemy w Banios uroczym miasteczku po wschodniej stronie Andow. Wczoraj powloczylismy sie troche po gorach. Odslonil sie na moment dymiacy wulkan wznoszacy sie nieopodal. Ma troche ponad 5000 m, mozna sie dostac w okolice 4000 m. To jest plan na po swieta, poniewaz jutro lece na 5 dni na wyspy Galapagos, ogladac gigantyczne zolwie, plywac z rekinami itp. Dzisiaj natomiast wypozyczylismy rowery i pojechalismy przejechalismy jakies 50 km w strone poczatkow ekwadorskiej Amazonii. Dojechalismy do miejsca, gdzie praktycznie zaczyna sie rownina, ogladajac po drodze wodospady, jeden mocno imponujacy, i skaczac na linie z mostu (okolo 25 m wysokosci). Switne przezycie.
ps. Za Galapagos zaplacilem 1300 dolcow, oby tym razem agencja byla rzetelna..
Kolejne 5 dni spedzilismy w Amazonii, polujac na Kajmany i lowiac Piranie. Doswiadczenia z lokalnymi biurami podrozy nadal sa negatywne. Mielismy jechac w naprawde dzikie rejony rozbijajac oboz kilku miejscach, a wyslali nas w rejony bliskie cywilizacji.. Nie bylo zle ale nie na to sie nastawialem..
Od wczoraj jestemy w Banios uroczym miasteczku po wschodniej stronie Andow. Wczoraj powloczylismy sie troche po gorach. Odslonil sie na moment dymiacy wulkan wznoszacy sie nieopodal. Ma troche ponad 5000 m, mozna sie dostac w okolice 4000 m. To jest plan na po swieta, poniewaz jutro lece na 5 dni na wyspy Galapagos, ogladac gigantyczne zolwie, plywac z rekinami itp. Dzisiaj natomiast wypozyczylismy rowery i pojechalismy przejechalismy jakies 50 km w strone poczatkow ekwadorskiej Amazonii. Dojechalismy do miejsca, gdzie praktycznie zaczyna sie rownina, ogladajac po drodze wodospady, jeden mocno imponujacy, i skaczac na linie z mostu (okolo 25 m wysokosci). Switne przezycie.
ps. Za Galapagos zaplacilem 1300 dolcow, oby tym razem agencja byla rzetelna..
niedziela, 7 grudnia 2008
Kraj, ktory nie istnieje
Dwa dni temu dotarlismy do kraju, ktory przestal istniec w czerwcu roku 2006 podczac mundialu w Niemczech. Wydostanie sie z Kolumii zajelo troche czasu. Z San Augustin pojechalismy do Tierradentro pochodzic po prekolumbijskich grobowcach. Grobowce same w sobie nie okazaly sie imponujace ale okolica zrobila dobre wrazenie. Wreszcie zaczely sie pozadne gory, nagie zbocze porosniete roznokolorowa trawa. Najkrotsza droga powrotna na droga strone Kordyliery Centralnej okazala sie nieprzejezdna, w kilku miejscach zostala zasypana przez lawiny blotne i zmyta przez male potoczki. Przez pierwsze 30 min nasza Toyota jeszcze dawala rade jechac przez blota ale potem natknelismy sie na blotne lawiny. Z pomoca przyjechal buldozer i przebil sie przez dwie w ciagu kilku godzin. Moze 2 km dalej droga zostala calkowicie zmyta. Buldozer probowal wytyczyc nowa ale po kilku godzin nawet i on spasowal. Tzreba bylo zawracac do najblizszego miasteczka. W sumie w ciagy 12 godzin przejechalismy moze 30-40 km:D. Nastepnie do granicy dojechalismy bez wiekszych problemow, choc zajelo to 2 dni.
Granice kolumbijsko-ekwadorska przeszlismy z buta. Procedura jest troche odmienna niz w Europie. Nie ma celnikow podchodzacuch do kazdego samochodu w kolejsce czy specialnej bramki dla pieszych. Podchodzi sie do do kolumbijskiego okienka po pieczatke wyjazdowa, nastepnie kilkaset metrow dalej jest ekwadorskie biuro imigracyjne, gdzie pieczatek nie daja tylko mala maszynka nadrukowuje wize i koniec. Nikt nie sprawdzal czy przechodzace osoby maja odpowiednie pieczatki. W zasadzie bez zadnego problemu daloby sie pojsc z Kolumbii do najblizszego miasta w Ekwadorze i wrocic bez zadnej kontroli granicznej.
Granice kolumbijsko-ekwadorska przeszlismy z buta. Procedura jest troche odmienna niz w Europie. Nie ma celnikow podchodzacuch do kazdego samochodu w kolejsce czy specialnej bramki dla pieszych. Podchodzi sie do do kolumbijskiego okienka po pieczatke wyjazdowa, nastepnie kilkaset metrow dalej jest ekwadorskie biuro imigracyjne, gdzie pieczatek nie daja tylko mala maszynka nadrukowuje wize i koniec. Nikt nie sprawdzal czy przechodzace osoby maja odpowiednie pieczatki. W zasadzie bez zadnego problemu daloby sie pojsc z Kolumbii do najblizszego miasta w Ekwadorze i wrocic bez zadnej kontroli granicznej.
sobota, 29 listopada 2008
Jak dwoch pilotow dalo sie naciagnac przemyslowi turystycznemu
W Medellin spotkalem sie z Tomaszem, pilotem poznanym w Egipcie i od prawie tygodnia jezdzimy razem. W dawnym miescie karteli narkotykowych mielismy pomysl zeby pochodzic po slamsach. Wloczylismy sie 3 godziny po biedniejszych dzielnicach ale jak na typowe wyobrazenie o slamsach bylo w miare zamoznie. Medellin to w koncu najbogatsze miasto w Kolumbii. Ladnie polozone miedzy gorami, idac caly czas pod gore wyszlismy praktycznie za miasto. Jest to rownierz jedyne miasto w Kolumbii majace 4 linie metra, z czego dwie to zwykle kolejki gondolkowe, prowadzace nad gorszymi dzielnicami. Widoki nienajgorsze, szkoda tylko ze padalo. Potem nocny autobus do Popayan, kolonialnego miasta, gdzie zabawilismy jeden dzien i nastepnie dotarlismy do San Augustin, malego miasteczka po wschodniej stronie Andow. Wystarczylo wjechac wyzej w gory zeby poprawil mi sie humor. W 6 godzin w rozklekotanym autobusie pokonalismy jakies 130 km, prawie caly czas po szutrowych drogach. Krajobrazy poki co nie sa wysokogorskie, powinny sie zaczac bardziej na poludnie. Jestesmy mniej wiecej na 1700 n.p.m. i gory w wiekszosci przypominaja polskie besidy, nie liczac pojawiajacych sie co jakis czas glebokich kanionow i wodospadow i duzo gestzej roslinnosci.
W okolicach San Augustin jest kilkanascie stanowisk archeologicznych kultur prekolumbijskich, po ktorych zostalo kilkaset kamiennych rzezb znajdowanych w grobowcach. Zaraz po przyjezdzie zostalismy zaatakowani przez miejscowa informacje turystyczna (w miescie majacym 13 tys mieszkancow naliczylem 5 roznych IT) oferujaca zakwaterowanie i wycieczki po okolicy jeepem lub konno. Z koni zrezygnowalismy, zato wzielismy prawie calodniowa przejazdze jeepem po okolicy za 30 tys peso (15$). Cena wydawala sie niezla, zrozumielismy, ze lunch wliczony, dodatkowo przewodnik lonely planet donosi, ze wstepy poza San Agustin sa za darmo. Wyszlo troszke inaczej.. Na wstepie doplata 3 tys bo nie zebrala sie wymagana liczba osob, wstepy do muzeum, parku archeologicznego i punkt widokowy. Za zarcie tez trzeba bylo wybulic. Lacznie wyszlo dodatkowe 15 tys, o ktorych nikt nie uprzedzal.. W sumie mozna bylo sie spodziewac ale duma zawodowa ucierpiala:D
piątek, 28 listopada 2008
gra
Dzisiaj krotko, jutro powinno byc wiecej plus jakies fotki. Gram wlasnie w fajna gre geograficzna na http://www.wagabunda.krakow.pl/ Trzeba zjechac na sam dol strony i poczekac az sie zaladuje. Na poczatek doszedlem do 11 levelu. IQ 120. Jesli ktos to czyta to podawajcie wyniki:D
sobota, 22 listopada 2008
Medellin
Narzucilem sobie mocne tempo i szybko posuwam sie na poludnie. Jak najszybciej chce dostac sie do Ekwadoru i sprobowac znalezc wyjazd na wyspy galapagos za rozsadna cene, czyli w okolicach 1000 dolcow za tygdzien. Moze byc ciezko z dwoch powodow. Po pierwsze w grudniu zaczyna sie sezon, a po drugie kryzys ekonomiczny bije po kieszeni. W ekwadorze waluta jest dolar amerykanski, a ten ostatnio za bardzo sie umacnia.
W Cartagenie spedzilem lacznie 3 dni. Z ponownego nurkowania nic nie wyszlo, morze bylo zbyt wzburzone i nie dalo sie nic zobaczyc na odleglosc wieksza niz 40 cm. Wczoraj pojechalismy z Rene (Niemcem, poznanym w trakcie treku do Ciudad Perdida) zaznac kapieli w blocie. W okolicach Cartageny jest niewielki, podobno jedydny na swiecie blotny wulkan. Kapiel ma miec wlasciwosci lecznicze. Uczucie zapewne porownywalne do kapieli w morzu martwym. Nie da sie utonac, a bez pomocu drugiej osoby nawet w pelni zanurzyc.
Dzisiaj rano dotarlem nocnym autobusem do Medellin, kiedys stolicy karteli narkotykowych, a obecnie jednego z najbezpieczniejszych miast Kolumbii. Podroz-koszmar, 12 godzin nieustajacego marzniencia. Kierowcy w Kolumbii maja zwyczaj ustawiac klimatyzacje na zamrazanie. Bylem przygotowany: dlugie spodnie, mocny polar, skarpetki, ale i tak nic nie pomoglo. Nastepnym razem dorzuce jeszcze kurtke i spiwor..
Nizej zdjecia z Parku Tayrona, Cartageny (m.in. muzeum zlota) i blotnego wulkanu:

W Cartagenie spedzilem lacznie 3 dni. Z ponownego nurkowania nic nie wyszlo, morze bylo zbyt wzburzone i nie dalo sie nic zobaczyc na odleglosc wieksza niz 40 cm. Wczoraj pojechalismy z Rene (Niemcem, poznanym w trakcie treku do Ciudad Perdida) zaznac kapieli w blocie. W okolicach Cartageny jest niewielki, podobno jedydny na swiecie blotny wulkan. Kapiel ma miec wlasciwosci lecznicze. Uczucie zapewne porownywalne do kapieli w morzu martwym. Nie da sie utonac, a bez pomocu drugiej osoby nawet w pelni zanurzyc.
Dzisiaj rano dotarlem nocnym autobusem do Medellin, kiedys stolicy karteli narkotykowych, a obecnie jednego z najbezpieczniejszych miast Kolumbii. Podroz-koszmar, 12 godzin nieustajacego marzniencia. Kierowcy w Kolumbii maja zwyczaj ustawiac klimatyzacje na zamrazanie. Bylem przygotowany: dlugie spodnie, mocny polar, skarpetki, ale i tak nic nie pomoglo. Nastepnym razem dorzuce jeszcze kurtke i spiwor..
Nizej zdjecia z Parku Tayrona, Cartageny (m.in. muzeum zlota) i blotnego wulkanu:

Subskrybuj:
Komentarze (Atom)










