sobota, 29 listopada 2008

Jak dwoch pilotow dalo sie naciagnac przemyslowi turystycznemu










W Medellin spotkalem sie z Tomaszem, pilotem poznanym w Egipcie i od prawie tygodnia jezdzimy razem. W dawnym miescie karteli narkotykowych mielismy pomysl zeby pochodzic po slamsach. Wloczylismy sie 3 godziny po biedniejszych dzielnicach ale jak na typowe wyobrazenie o slamsach bylo w miare zamoznie. Medellin to w koncu najbogatsze miasto w Kolumbii. Ladnie polozone miedzy gorami, idac caly czas pod gore wyszlismy praktycznie za miasto. Jest to rownierz jedyne miasto w Kolumbii majace 4 linie metra, z czego dwie to zwykle kolejki gondolkowe, prowadzace nad gorszymi dzielnicami. Widoki nienajgorsze, szkoda tylko ze padalo. Potem nocny autobus do Popayan, kolonialnego miasta, gdzie zabawilismy jeden dzien i nastepnie dotarlismy do San Augustin, malego miasteczka po wschodniej stronie Andow. Wystarczylo wjechac wyzej w gory zeby poprawil mi sie humor. W 6 godzin w rozklekotanym autobusie pokonalismy jakies 130 km, prawie caly czas po szutrowych drogach. Krajobrazy poki co nie sa wysokogorskie, powinny sie zaczac bardziej na poludnie. Jestesmy mniej wiecej na 1700 n.p.m. i gory w wiekszosci przypominaja polskie besidy, nie liczac pojawiajacych sie co jakis czas glebokich kanionow i wodospadow i duzo gestzej roslinnosci.

W okolicach San Augustin jest kilkanascie stanowisk archeologicznych kultur prekolumbijskich, po ktorych zostalo kilkaset kamiennych rzezb znajdowanych w grobowcach. Zaraz po przyjezdzie zostalismy zaatakowani przez miejscowa informacje turystyczna (w miescie majacym 13 tys mieszkancow naliczylem 5 roznych IT) oferujaca zakwaterowanie i wycieczki po okolicy jeepem lub konno. Z koni zrezygnowalismy, zato wzielismy prawie calodniowa przejazdze jeepem po okolicy za 30 tys peso (15$). Cena wydawala sie niezla, zrozumielismy, ze lunch wliczony, dodatkowo przewodnik lonely planet donosi, ze wstepy poza San Agustin sa za darmo. Wyszlo troszke inaczej.. Na wstepie doplata 3 tys bo nie zebrala sie wymagana liczba osob, wstepy do muzeum, parku archeologicznego i punkt widokowy. Za zarcie tez trzeba bylo wybulic. Lacznie wyszlo dodatkowe 15 tys, o ktorych nikt nie uprzedzal.. W sumie mozna bylo sie spodziewac ale duma zawodowa ucierpiala:D

piątek, 28 listopada 2008

gra

Dzisiaj krotko, jutro powinno byc wiecej plus jakies fotki. Gram wlasnie w fajna gre geograficzna na http://www.wagabunda.krakow.pl/ Trzeba zjechac na sam dol strony i poczekac az sie zaladuje. Na poczatek doszedlem do 11 levelu. IQ 120. Jesli ktos to czyta to podawajcie wyniki:D

sobota, 22 listopada 2008

Medellin

Narzucilem sobie mocne tempo i szybko posuwam sie na poludnie. Jak najszybciej chce dostac sie do Ekwadoru i sprobowac znalezc wyjazd na wyspy galapagos za rozsadna cene, czyli w okolicach 1000 dolcow za tygdzien. Moze byc ciezko z dwoch powodow. Po pierwsze w grudniu zaczyna sie sezon, a po drugie kryzys ekonomiczny bije po kieszeni. W ekwadorze waluta jest dolar amerykanski, a ten ostatnio za bardzo sie umacnia.

W Cartagenie spedzilem lacznie 3 dni. Z ponownego nurkowania nic nie wyszlo, morze bylo zbyt wzburzone i nie dalo sie nic zobaczyc na odleglosc wieksza niz 40 cm. Wczoraj pojechalismy z Rene (Niemcem, poznanym w trakcie treku do Ciudad Perdida) zaznac kapieli w blocie. W okolicach Cartageny jest niewielki, podobno jedydny na swiecie blotny wulkan. Kapiel ma miec wlasciwosci lecznicze. Uczucie zapewne porownywalne do kapieli w morzu martwym. Nie da sie utonac, a bez pomocu drugiej osoby nawet w pelni zanurzyc.

Dzisiaj rano dotarlem nocnym autobusem do Medellin, kiedys stolicy karteli narkotykowych, a obecnie jednego z najbezpieczniejszych miast Kolumbii. Podroz-koszmar, 12 godzin nieustajacego marzniencia. Kierowcy w Kolumbii maja zwyczaj ustawiac klimatyzacje na zamrazanie. Bylem przygotowany: dlugie spodnie, mocny polar, skarpetki, ale i tak nic nie pomoglo. Nastepnym razem dorzuce jeszcze kurtke i spiwor..

Nizej zdjecia z Parku Tayrona, Cartageny (m.in. muzeum zlota) i blotnego wulkanu:




























































































środa, 19 listopada 2008

Cartagena

Dwa dni spedzilem w Parku Narodowy Tayrona kolo Santa Marta. Kolejne dwie noce w hamaku i bez elektrycznosci, zato z codzienna tropikalna ulewa. Park polozony jest nad samym mozem karaibskim i skrywa jedne z najiekniejszych plaz w Kolumbii. Male zatoczki porosniete palmami kokosowymi, zamkniete od strony morza rafa koralowa. Cos jakby w stulu kubanskim. Rafa swietna, mozna na miejscu wypozyczyc maski i pletwy do snorkowania. Ryby roznokolorowe, czesto w (mg)lawicach. Udalo mi sie znalezc jedna, dobrze schowana, z glowa wielkosci malego telewizora. Tak mi sie spodobalo, ze jutro jade na jednodniowa wycieczke (nie wiem czemu, ale nie cierpie tego slowa) na wyspy w okolicach Cartageny, gdzie obecnie jestem. Samo miasto bylo najwazniejszym portem hiszpanskim w Ameryce Poludniowej. Swietnie zachowala sie starowka, z pieknymi drewnianymi balkonami plus imponujacy zespol fortyfikacji otaczajacy sale miasto, miedzy innymi najwiekszy zamek wzniesiony przez Hiszpanow na kontynencie.

sobota, 15 listopada 2008

Ciudad Perdida - zdjecia


A jutro jade do Parku Narodowego Tayrona wyleczyc sie z "komarowych" ukaszen i pobyczyc sie na plazy (tak, nawet mnie sie zdaza czasem posiedziec nad morzem:D).






































































































































Ciudad Perdida

Ruszylismy w niedziele po poludniu w silnej 9 osobowej grupie. Dowiezli nas jeepami do miasteczka Maczete Pelao, ostatniej miejscowosci na szlaku. Zaraz za miasteczkiem dwa razy przekracza sie ta sama rzeke. Juz przy drugim razie zaliczylem ladowanie tylkiem na kamieniach. Na szczescie plecak nie przemokl. Trasa pierwszego dnia nie byla zbyt meczaca, jedno ostre 40 minutowe podejscie i dalej grzbuetem. Drugi dzien byl najlzejszy ze wszystkich, niecale 4 godziny marszu, wliczajac w to kompiel w rzece i krotkie zwiedzanie indianskiej wioski. Pogoda caly czas dopisywala, rano slonce, po poludniu bardziej pochmurno, na szczescie nie padalo, co zdarza sie dosc czesto w tamtych rejonach. Trzeciego dnia wczesnym popoludniem dotarlismy do Zaginionego Miasta. Najpierw 2 godziny mniej wiecej po rowmy terenie, potem marsz w gore rzeki, lacznie trzeba ja przekraczac 8 razy i na koniec 1200 sliskich kamiennych schodow.

Miasto, bedace najprawdopodobniej stolica indian Tayrona zostalo odkryte w 1975 roku. Przez nastepne kilka lat bylo miejscem intensywnyxh rabunkowych wykopalisk. Biali osadnicy mieszkajacy na obrzezach dzungli szukali pozostalosci po indianach i uplunniali je na czrnym rynku. Wiekszkosc tego co ocalalo zostalo prawie calkowicie zniszczone. Dodatkowo co chciwsi zaczelli walczyc miedzy soba o najlepsze "stanowiska archeologiczne". W jednej z "potyczek" zginal syn odkrywcy miasta. To ponoc sklonilo go do powiadomienia rzedu o odkryciu miasta. W konsekwencji wyslano ekspedycje zlozona z zolnierzy, archeologow i entologow, ktora w ciagu kilku lat zrekonstruowala kamienne tarasy. W rekonstrukcji pomagal odkrywca, majacy najwieksze pojecie o pierwotnym wygladzie miasta. W szytowym okresie miasto mialo zamieszkiwac okolo 800 osob. Indianie Tayrona byli pierwsza cywilizacja, z ktora zetkneli sie hiszpanie na kontynecie poludniowoamerykanskim (1499). Zetkniecie nie nalezalo do przyjemnych, po 75 latach walk zostali prawiecalkowicie wytepieni przez zadnych zlota przybyszow. Ocaleli porzucili swoje tarasowe miasta i przeniesli sie w wyzsze rejony gor. W ciagu kilku lat dzungla pokryla wszystko. Najprawdopodobniej skrywa jeszcze wiele podobnych nieodkrytych miejsc. Planowano ekspedycje poszukiwawcze ale sprzeciwili sie temu lokalni indianie, ciagle zamieszkujacy te rejony i bojacy sie wylesienia powodujacego blotne powodzie. Na obrzezach dzisiejszego parku narodowego w latach o najwiekszym nasileniu walk wewnetrznych w Kolumbii zaczelo sie osiedlac soraz wiecej ludzi, szukajacych bezpiecznych rejonow w wyzszych partiach gor. Obecnie rzad stara sie wykupywac nalezace do nich tereny i ponownie zalesiac.

Sam w sobie trek nie jest zbyt meczacy. Ani razu nie szlismy dluzej niz 5 godzin. Nie mowy o przedzieraniu sie przez dzungle, idzie sie dobrze utrzymanym szlakiem. Prawie codziennie rusza jakas grupa. Lacznie widzielismy 5 wezy, w tym jednego martwego (jeden smignal do nory metr odemnie), 2 tukany i sporo swin. Jedynym problemem moga byc spore ilosci blota i takie same lub wieksze ilosci komarow. Srodki chemiczne sa malo skuteczne. Mialem dwa rozne, a i tak, po powrocie tylko na lewej nodze naliczylem 84 ugryzienia. Czwartego dnia mialem spory problem, od ugryzien komarow i drapania tak spochly mi kostki, ze ledwo moglem chodzic. Niepotrzebnie przez dwa pierwsze dni szedlem w sandalach. Przez pierwsze dwie godziny czulem sie jakby mi ktos wsadzil 2 kamienie do butow, ktore przy kazdym kroku pocieraly mi kostki, powodujac sado-masochistyczne swedzenie. Musialem sie mocno koncentrowac by nie zdjac butow i drapac sie jak oszalaly:D. A ostatniego dnia, juz po powrocie do Maczete Pelao, kleszcz wielkosci malego paznokcia probowal dostac sie do mojej nogi. Za ta zuchwalosc zostal spalony zywcem:D.

Ostatnie 10 km do asfaltowej drogi odbylismy na motorach, jeep nie dal rady przedjechac przez bloto. Na koniec rewizja plecakow przez zlonierzy i powrot do Santa Marta. Dzien wczesniej koledzy z grupy wsadzili spora paczke haszu do moich papierosow, myslac ze nalezy do mnie. Nalezala do Niemcow spotkanych na ostatnim noclegu. Cale szczescie, ze przy kolacji dopytali sie czy to moje i zworcilismy prawowitym wlascicielom. Inaczej moglyby byc problemy przy dokladniejszej rewizji.

sobota, 8 listopada 2008

Karaiby

Przyjechalem dzisiaj do Santa Marta, najstarszej miejscowosci zalozonej przez Hiszpanow na wybrzezu karaibskim. Najstarszej ale nie najokazalszej, nie wiele sie zachowalo po minionej epoce, miasto czesto padalo lupem piratow i szybko dalo nie zdystansowac niezbyt odleglej Kartagenie.

Zostalem w Bogocie tydzien dluzej uczac sie hiszpanskiego. Od biedy idzie sie dogadac:) Na razie duzo wiecej rozumiem niz jestem wstanie powiedziec, powinienem sie z czasem rozgadac. Zdazylem poznac dwa czay terazniejsze, dwa przeszle i jeden przyszly. Teraz jest duzo czasu zeby wszystko sobie utrwalic.

Jutro ide na 6-dniowy trek do Ciudad Perdida, doslownie zaginionego, prekolumbijskiego miasta w masywie gorskim Sierra Nevada de Santa Marta (najwysze szczyty w Kolumbi, ponad 5 tys. ) Tak wysoko niedojdziemy, miasto znajude sie na niewiele ponad 1000 m.n.p.m. Zostalo odkryte po drugiej wojnie swiatowej przez miejscowych poszukiwaczy skarbow. Dostac sie tam mozna jedynie na piechote. Idzie sie 3 dni, spiac w hamakach w indianskich wioskach, jeden dzien ma sie na zwiedzenie kompleksu i w 2 dni zajmuje droga powrotna. Cala przyjemnosc kosztuje okolo 230$. Zapowiada sie ciekawie, trasa wiedzie przez tropikalna puszcze, ponoc przekraczajac rzeki trzeba niesc plecak nad soba majac wode prawie pod pachy:) Po powrocie postaram sie szybko wrzucic jakies fotki.

środa, 5 listopada 2008

Bogota - pierwsze zdjecia








nastknalem sie na swieto obrony ceywilnej na glownym placu miasta - plaza bolivar, w prawie kazdej miesciny glowny plac nosi imie libertadora