W niedziele wykopali mnie z caffinetu o 18 wieczorem (cholerny nowy rok, zamykali wczesniej) i nie zdazylem zaladowac wiekszej ilosci zdjec.
Poniedzialek. Probowalismy sie dostac autostrada "do nieba" (droga wiedzie przez gory na wysokosci okolo 4000 m n.p.m.) nad Morze Kaspijskie. Biletow nie bylo, pewnie pol Teherenu wybieralo sie w te strony. Decyzja, jedziemy do Gazhor Chan, najwiekszej twierdzy Assasnow w gorach na pln-zach od Teheranu (2200 m n.p.m.). W Gazor mieszkal slynny Starzec z Gor, a Assasynow wymiotl stamtad dopiero Hulagu Chan. Miejsce cudowne, kompetnie inny swiat. Droga wije sie przez przelecze z niesamowitymi widokami na gory (najwyzsze szyty ponad 4000). W zasadzie po raz pierwszy zobaczylismy zielona trawe, fajne uczucie po ponad trzech tygodniach ogladania nagich zboczy. Zatrzymalismy sie na dwie noce w wiosce tuz pod ruinami na dwie nocki. Hotel oferuje jeden pokoj z tarasem z widokiem na glowny pplac wioski. Po poludniu wizyta na zamku, a potem krotki spacer do kanionu pod wioska. Glebokosc jakies 40-50 metro, szerokosc miejscami metr. Sciany pionowe, zjechalismy na tylkach na dol, jeszcze dzisiaj jestem caly poharatany. Trudniej bylo sie wydostac, wspinaczka zajela prawie 40 minut.
Nastepnego dnia postanawiamy zdobyc jeden z okolicznych szczytow (wedlug mapy 3300). Jak przystalo na porzadnych "alpinistow" wyruszylismy chwile po 11. Sciezki zadnej nie znalezlismy wiec poszlsmy troche na pale. Na poczatek male hardkorowe wzniesienie. Stromizna niezla, w dodatku wchodzilo sie jak po piaskowej wydmie, z kazdym krokiem ziemia sie osowala spod nog. Pozniej bylo troche lepiej, po krotkim szasie zlokalizowalem przelecz. Trzeba bylo tylko przetrawersowac zbocze i potem prosto w gore. Wydawalo sie, ze to latwizna, ale znowu bylo osowisko kamienisto-piaszczyste. Pok koniec robilem przerwy co kilkanascie krokow:D Na przeleczy sporo sniegu. Pod czyms co poczatkowo wyglkadalo na szczyt spotkalismy sie z Alexem. Nie mogl przetrawersowac zbocza z powodu kiepskich butow (caly czas sie osowal) i wybral trudniejsze podejscie przez miejscami prawie pionowa sciane. Mowi, ze to najglpusza rzecz jaka w zyciu zrobil. Dwa razy spadl z kilku metro, skrecajac lekko kosteke. Szczyt niestety jnie okazal sie byc szczytem, zmajaczyl nam nowy. Alex zostal, ja postanowilem zdobyc badz co badz najwyzsza gore w moim dotychczasowym zyciu:D. Dodatkowe 20 minut wspinaczki, jedynie po to by odkryc, ze prawdziwy szczyt jest przynajmniej nastepne 30 min dalej:/ Bylo juz pono, 15.30 wiec postanowielm zawrocic. Wchodzenie zajelo troche ponad 4 godziny. Zejsciu bylo juz latwe, zlezdzalismy na butach po osuwiskach.
Z Gazor mozna przejsc przez gory nad Morze Kaspijsckie. Podobno da sie to zrobic nawet w jeden dzien. Zastanawialem sie nad tym ale nie bez rakow (zdobyc w wiosce sie nie dalo) i z moim kusym spiworkiem w razie noclegu mogloby byc nie wesolo. Dodatkowo dzisiaj popsula sie pogoda i wrocilismy do "cywilizacji".
Zapominailem napisac co bylo po Mashadzie. Zemsta Imama zostala zatrzymana, poszlismy zwiedzic sanktuarium. Do srodka nie mozna wnosic aparatow, ale miejscowi cykaja fotki komorkami. Spora czesc kompleksu jest niedostepna dla niewiernych. Tlum wielki, wiec weszlismy do mausoleum nie zauwazeni i zeszczescilismy swoimimi niewiernymi stopami miejsce wieczystego spoczynku slynnego Imama:D. Potem zaladowalismy sie w autobus do Teheranu, super nowiutka Scania, kupa miejsca na nogi. Jak zwykle nie obylo sie bez atrakcji. Kierowca w srodku nocy przysypial i jezdzil zakosami..Alex przysiadl sie do niego i przez godzine zabawial rozmowa. W niedziele rano dotarlismy do Teheranu. Poszedlem zwiedzac mausoleum Chomeiniego. Jak dlugo zyje takiego kiczu jeszcze nie widzialem. Buduja juz to prawie 20 lat i daleko jeszcze do zakonczenia. Pewnie predziej Islamska Republika Iranu upadnie. Amin z Esfahanu jest otymista i mowi, ze za 3 lata wykopia Alatollacho. Mam nadzieje, ze ma racje, przyjade wtedy do Iranu poszukac sobie dziewczyny:D Iranki sa naprawde ladne, mimo wszytskich czador itp.
ps. wrzucilbym zdjecia ale siedzi ze mna dwoch chlopakow, pokazali nam droge do caffenetu i nie chca sie odczepic. Przysiedli sie i zagladaja mi caly czas przez ramie. Mam juz ich serdecznie dosc. Jak zaczne obrabiac zdjecia to nie dadza mi spokoju. Cierpliwosci!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
zazdroszcze
zero zmartwien, zero zobowiazan, zero klopotow... wysmienity musi byc ten wyjazd Adamie
łojezu! nie pisał juz tydzien, zabili go na pewno
Prześlij komentarz