Z Yazdu Adrian pojechal to Pakistanu, a my z Alexem nocnym autobusem do Shiraz. Sroda i Czwartek zeszla na lazeniu po fantastycznych ogrodach, bazarze i przedluzaniu wizy. W niecala godzine przedluzyli mi wize do 9 kwietnia. W czwartek wieczorem Amin i Hassan z Esfahanu przyjechali odwiedz rodzine. Dostalismy zaproszenie na impreze do Alliego, ponoc potomoka miejscowych Chanow, meza kuzynki Amina. Cos chyba jest na rzeczy bo facet wygladal jakby spal na pieniadzach. Niczym sie nie przejmujac wyciagnal mysliwskie strzelby i zaczal odpalac na wiwat. W 3 osoby obalilismy miejscowa podrobke tequili (calkiem niezla, zwlaszcza jesli sie jest na przymusowej abstynencji od 2 tygodni:D). Nas nic nie ruszylo, zato Ali spil sie kompletnie. Troche sie zdziwilem, ale okazalo sie nastepnego dnia, ze ma on iscie rosyjski zwyczaj picia do kazdego posilku. Po wygladzie mozna sadzic, ze je prawie bez przerwy.
Amin z Hassanem obiecali zawiezc nas do Persepolis. Nie obylo sie bez klopotow. Chlopaki traca glowe jak tylko zobacza samotne dziewczyny w samochodzie. Wyjazd z miasta troche zajal zwlaszcza, ze Ali nie chcial nas wypuscic bez obiadu. Wreszcie na godzine przed zamknieciem dotarlismy Persepolis. Pozostalosci nadal daja wyobrazenie o wielkosci perskiego imperium.
Wrocilismy stopem do Shiraz (lapanie zajelo dokladnie 2 minuty, podwiezli nas do samiego hotelu w centrum miasta) i nocnym autobusem udalismy sie do Bandar Abbas nad zatka perska. W planie byla wizyta na pobliskiej wyspie Hormoz z ruinami portugalskiego zamku, kapiel w morzu, a wieczorem przejazd do Kermanu we wschodnim Iranie. wszystko szlo gladko, mielismy kupione bilety na 20.30 do Kermanu. Problem pojawil sie o 20 na dworcy, gdy z rozbrajaca szczeroscia poinformowano nas, ze autobus odjechal pol godziny wczesniej. Facet w kasie biletowej zapewnial nas,ze autobus jest o 20.30, mimo, ze na bilecie bylo napisane,ze o 19.30. Niby nic trudnegho sprawdzic samemu, ale nie czytam w farsi.. Wsciekli, poszlismy reklamowac, ale zaloga biura zdazyla sie juz ewakuowac do domu. Nie pozostawalo nic innego wracac do centrum Bandar i szukac hotelu. W najtanszym hotelu polecanym przez lonely planet wolne miejsca mieli tylko w dormitorium za smieszne 2 dolce od lba. Bierzemy, dormitorium wygladalo jak szpital w czasie epidemi albo pboz pracy. 2 rzedy lozek na dachu, laczbnie chyba z 50. Wiekszosc zajeta przez uchodzcow z Afganistanu. Na szczescie bylo dosyc czysto, a calemu miejscu uroku dodaje bardzo sympatyczna recepcjonistka.
Do Kermanu dotarlismy dzisiaj kolo 17. Obylo sie bez awantury na dworcu, dali nam bez gadania nowe bilety za darmo. W sumie na tym wszystkim nie wyszlismy zle, droga wiodla glownie przez piekny plazkowyz na wysokosci okolo 1500-2000 m.n.p.m. Jutro rano lazenie po Kermanie, po poludniu jedziemy do Rayen, zwanym malym Bam, a pozniej do samego Bam zobaczyc ile zdazyli odbudowac po tzresieniu ziemi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz