środa, 4 lutego 2009

cd.

Zgodnie z obietnica nastal czas na kontynuacje wczorajszego posta. Na poczatku pomieszam troche w chronologii i odniose sie do dnia wczorajszego. Jak by ktos sie nie zorientowal to od wczoraj jestem ponownie w Ekwadorze i jutro przez Kolumbie wylatuje do Madrytu.

Wyrzucony po godzinie 21 z kawiarenki internetowej na Nowym Miescie w Quito postanowil odwiedzic znajomych Arabow i po dluzszej przerwie zapalic fajke wodna. Przez caly pobyt na kontynencie poludniowoamerykanskim prosil sie o klopoty lekcewazac zalecenia prawdziwej "biblii" plecakowcow i szukal guza (never walk on Mariscal Sucre by night. Always take a taxi!) Prosil sie i wreszcie sie doprosil. Bylo ich 5. Poczul, ze cos sie swieci gdy dwoch nadchodzacych z przeciwka zaczelo sie dziwnie rozstepowac, a jeden wyciagnal reke w przyjacielskim powitaniu. Nie dal sie nabrac ale tamci byli szybsi. Probowali go obezwladnic, z drugiej strony ulicy z pomoca kolegom nadbieglo 3 kolejnych. Wywiazala sie szamotaniana. Jeden rozerwal mu kieszen i wyjal okolo 20 dolarow. Probowali dostac sie do telefon w drugiej ale ofiara sie wyrwala i umknela w ciemnosci nocy.

Jak widac chlopaki troche spartolily robote. W 5 na jednego bialasa i nawet telefonu nie zdobyli. Pojezdzilem sobie jeszcze radiowozem po dzielnicy w bezskutecznych poszukiwaniach. W hotelu sie zorientowalem, ze mialem jeszcze w tej samej kieszeni karte, zapomnialem zostawic w hotelu po uprzednim wyplacaniu kasy z bankomatu. Zablokowalem blyskawicznie. Czujnosc ostatnimi czasy mocno oslabla. Z fajki nic nie wyszlo, nadrobie dzisiaj i niech nikt nie mysli, ze wezme taryfe:D

Czas wrocic do poprzedniej opowiesci. Akcja zatrzymala sie w Maras czy Maray, sam juz dobrze nazwy miejsca nie pamietam. Nastepnie wpadlismy do Cusco, gdzie troszke sie rozchorowalem po przebyciu szlaku Inki Jupaki. Dwa dni trzymala mnie mala goraczka. Cusco, jak to Cusco, tu inka mur, tam kosciol kolonialny, ladne kamieniczki z bogato rzezbionymi drewnianymi balkonami i olbrzymie zaqgeszczenie bialasow na metr kwadratowy.. Miasto prezentuje sie calkiem niezle ale nie majakiekos specialnego klimatu. Parafrazujac Carpentera, inka mury i koscioly zbyt wiele juz razy byly dotykane i fotografowane przez turystow.

Po Cusco przyszla pora na zmierzenie sie z kanionami. Na tapecie byly dwa: najglebszy na swiecie kanion Cotahuasi, ponad 3000 m glebokosci i znacznie slawniejszy kanion Colca, plytszy o zaledwie 200 metrow. Do Cotahuasi jedzie sie 11 godzin z Arequipy po wyboistych drogach. Podskakiwaniwe a autobusie moznaby latwo zniesc gdyby obsluga nie czerpala sadystycznej przyjemnosci z torturowania pasazerow straszliwiej glosnym Braveheartem. Jakos sie przywyczailismy po pewnym czasie do skrzeczacego glosnika nad naszymi glowami. W koncu film nie najgorszy. Ale na tym zabawa sie nie skonczyla. Troche za polowa akcji film zostal wylaczony i zastapiony disco polo andino.. Tego juz nawet Inka Jupanka by nie zniosl. Napchalem sobie papieru toaletowego do do uszu i marzylem o posiadaniu broni palnej. Nie moglem sie tylko zdecydowac czy zastrzelilbym asystenta kierowcy czy strzelil w glosnik.. Tomasz w pewnym momencie nie wytrzymal i zaatakowal glosnik, niestety bezskutecznie... Samo miasteczko Cotahuasi klimatem przypominalo w pewnym stopniu Maraz. Sam kanion moze troche rozczarowywac, miejscami przypomina bardziej doline gorska (Jesli ktos wie jaka jest roznica miedzy kanionem a dolina, prosze o wyczerpujace tlumacznie. Na wikipedii nie bardzo mi sie chce sprawdzac). Zato gory okoliczne prawie mnie rozwalily. Ostre, polpustynne zbocza, troche przypominajace klimaty wschodniej Turcji i Iranu. Colca zgodnie z oczekiwaniami okazala sie bardziej turystyczna (po drodze rownierz serwowano disco polo andino, przy tej muzyce lubelski ful brzmi niczym IX symfonia) choc nie az tak jak sie zpodziewalem. Zeszlismy 1200 metro w dol na glab kaniony, gdzie czekaly baseny. Poplywalismy morze z godzine, w trakcie ktorej tak mnie slonce spalilo, ze po kilku dniach stracilem wiekszosc skory na twarzy i plecach.

Zaliczywszy kaniony wrocilsmy do Arequipy, gdzie zeszly kolejne, w zasadzie bezbarwne dni. Areqipa miala byc kolonialna perelka, ale niestety az tak bardzo nie powala. Z nudow spedzilismy cale popoludnie na dziedzincu jednego z klasztorow, siedzac nad kolonialnymi arkadami, popijajac rum i jarajac szlugi. Wieczorem mielismy isc na impreze, niestety rum szumiacy we krwi nie pozwolil. Sil starczylo jedynie na ogladniecie Regalmente Rubia w hotelu.. Generalnie zapal do walki zaczal szybko wygasac, chyba pojawilo sie juz pewne zmeczenie krajem. Drugiego dnia wyladowalismy na fliperach, podobnie jak dnia nastepnego juz nad jeziorem Titikaka w Puno, gdzie dostalem straszliwego lupnia w Fife 2008..

W Puno zlamalismy mocne postanowienie nie wykupywania juz zadnej zorganizowanej wycieczki i kopnelismy sie na 2 dni na wyspe na jeziorze Titikaka. W programie jak sie okazalo byla impreza integracyjna w lojkalnych strojach. Jako jedyni nie przebralismy sie za Indian, co mimochodem zrobilo z nas najwieksze gwiazdy marnej zabawy. Poza tym na wyspie zaliczylismy dwa kolejne czterotysieczniki (4040 i 4025), co nie bylo jakims przesadnym osiagnieciem zwazywszy, ze jezioro polozone jest na 3800:D Jeszcze jedno, w drodze na wype, spalilismy sie tak pieknie, ze Robert Mateja zostal jednym z najwybitniejszych polskich sportowcow w dziejach! I pisze to bedac smiertelnie powazny!

To tyle, wystarczy juz tego grafomanstwa. Z Puno 3 doby jechalem do Quito ale nic specialnie interesujacego sie nie wydarzylo. Jest jeszcze niewielka szansa, ze skrobne jakies podsumowanie wyjazdu. Inshallah!

3 komentarze:

lanser pisze...

to mowisz jutro wracasz? Witamy z powrotem w swiecie wyzysku i wielkich korporacji :D

Anonimowy pisze...

Kapitan Grawitacja królem polskiego narciarstwa!

slowik pisze...

cos mieszasz sie w zeznaniach, wczesniej pisales ze straciles 30 dolcow... :)