niedziela, 7 grudnia 2008

Kraj, ktory nie istnieje

Dwa dni temu dotarlismy do kraju, ktory przestal istniec w czerwcu roku 2006 podczac mundialu w Niemczech. Wydostanie sie z Kolumii zajelo troche czasu. Z San Augustin pojechalismy do Tierradentro pochodzic po prekolumbijskich grobowcach. Grobowce same w sobie nie okazaly sie imponujace ale okolica zrobila dobre wrazenie. Wreszcie zaczely sie pozadne gory, nagie zbocze porosniete roznokolorowa trawa. Najkrotsza droga powrotna na droga strone Kordyliery Centralnej okazala sie nieprzejezdna, w kilku miejscach zostala zasypana przez lawiny blotne i zmyta przez male potoczki. Przez pierwsze 30 min nasza Toyota jeszcze dawala rade jechac przez blota ale potem natknelismy sie na blotne lawiny. Z pomoca przyjechal buldozer i przebil sie przez dwie w ciagu kilku godzin. Moze 2 km dalej droga zostala calkowicie zmyta. Buldozer probowal wytyczyc nowa ale po kilku godzin nawet i on spasowal. Tzreba bylo zawracac do najblizszego miasteczka. W sumie w ciagy 12 godzin przejechalismy moze 30-40 km:D. Nastepnie do granicy dojechalismy bez wiekszych problemow, choc zajelo to 2 dni.

Granice kolumbijsko-ekwadorska przeszlismy z buta. Procedura jest troche odmienna niz w Europie. Nie ma celnikow podchodzacuch do kazdego samochodu w kolejsce czy specialnej bramki dla pieszych. Podchodzi sie do do kolumbijskiego okienka po pieczatke wyjazdowa, nastepnie kilkaset metrow dalej jest ekwadorskie biuro imigracyjne, gdzie pieczatek nie daja tylko mala maszynka nadrukowuje wize i koniec. Nikt nie sprawdzal czy przechodzace osoby maja odpowiednie pieczatki. W zasadzie bez zadnego problemu daloby sie pojsc z Kolumbii do najblizszego miasta w Ekwadorze i wrocic bez zadnej kontroli granicznej.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

I jak tam dalej podróż się rozwija? Gdzie zawitałeś?